Tykająca kolekcja

Przywraca do życia zegary, którym dawno stanęło serce, daje drugą szansę starym meblom, które miały iść na rozpałkę. Gdy się sprowadził do Ręczna i szukał staroci z wykrywaczem metalu, tutejsi nazywali go dziwakiem. Dziś jest już swojakiem i jedynym męskim członkiem Koła Gospodyń Wiejskich.

Białego dworku trudno nie zauważyć. Dawna własność młynarza, a potem przez lata gminne przedszkole odcina się architekturą od reszty zabudowań stolicy gminy. Odcina się też wewnątrz - nie ma tu nowoczesnych, modnych systemowych mebli, nawet ustawiony w kącie telewizor czuje się niezręcznie wśród wiekowego sąsiedztwa - odrestaurowanych secesyjnych i starszych szaf, komód i kredensów. Na niewygła-dzonych, pachnących historią ścianach wiszą zegary - od pierwszego XIX-wiecznego czasomierza piotrkowskiego dworca kolejowego, wtedy kolei austriacko-wiedeńskiej, po równie stare unikatowe mechanizmy, którym pan domu podarował nowe życie i stylowe obudowy. Całości dopełnia malownicza pajęczyna, która jakby została celowo zawieszona na ciężkiej drewnianej futrynie.

- Ładna prawda? Specjalnie jej nie sprzątam - uśmiecha się Małgorzata Łukasińska, pani domu.

Zawód, który trąci myszką

Wita w progu trzymając na biodrze 10-miesięcznego Antosia. Tuż obok biega 2,5-letni Jaś; obaj, a także 12-letni Jakub są nadzieją taty, który wierzy, że choć jeden z synów przejmie po nim niemodny dziś fach i miłość do staroci. Wszyscy jeszcze w grubych swetrach, jest 9 rano, za oknem grudniowy mroźny wiatr przerzuca lodowaty śnieg, którym skromnie zima sypnęła w nocy. W starym domu z drewnianymi podłogami, po których biegały pokolenia mieszkańców gminy, dzień zaczyna się od palenia w piecu, choć ogrzać tak duży budynek łatwo nie jest. Po chwili jednak robi się ciepło, szczególnie przy gorącej herbacie postawionej nas stole, którego przez szacunek do historii strach dotykać.

- Na co dzień używam bardziej nowoczesnego zegarka - Piotr Łukasiński wyciąga przegub dłoni. - Ale to też co prawda model z 80. lat ubiegłego wieku, japoński, ale bardzo dokładny - usprawiedliwia się z uśmiechem zaznaczając od razu, że nie ufa tylko elektronicznym czasomierzom.

Starocie kochał od dzieciństwa - po strychach, ku przerażeniu własnej matki, grzebał gdy miał 5-6 lat. Gdy miał osiem, dostał od babci budzik.

- Taki zwykły - opowiada. Gdy go zepsuł, zrobiło mu się przykro: - Powiedziałem do babci, naprawię to. Gdy potem przyszedł czas na wybór zawodu podczas rodzinnej narady zapadła decyzja: zegarmistrz.-W rodzinie nie było tradycji - zastrzega.

Teorii uczył się w Oksfordzie i w łódzkim technikum zegar-mistrzostwa, praktyki w zakładzie Józefa Filasa w Piotrkowie, skąd pochodzi. Dziś o zegarach w Piotrkowie już nie uczy żadna szkoła, a zakład, w którym terminował, wyparł nowoczesny bank. Po trzech latach nauki Łukasiński otworzył swój punkt - na przeciw cmentarza żydowskiego, ale na krótko.

Wyrabianie własnej marki przerwało życie - wojsko, wojaże po Europie - w zasadzie za chlebem. - Nie dało się wyżyć z tego, a coś trzeba było robić -już zaczęła się era zegarków jednorazowych, za duża konkurencja - kiwa głową.

Meble dla Rosatiego i Falandysza

Z Europy wrócił do stolicy, gdzie oko zawiesił na ogłoszeniu o pracę: przyjmę do renowacji mebli. Tak zaczęła się druga pasja i zdobywanie szlifów tego zawodu. Trafił do największego zakładu tego typu w Warszawie, razem z Łukasińskim pracowało tam prawie 100 osób.

Był początek lat 90. Krok po kroku uczył się przywracania starym, wydawałoby się bezużytecznym meblom i przedmiotom życia.

- Uczyłem się od końca, od wykończenia mebla - polituro-wania przez stolarnię, rzeź-biarnię. - Styczność z odnawianiem starych rzeczy miałem już wcześniej, ale nie wiedziałem ile błędów popełniałem - przyznaje. W stolicy jako czeladnik przeszedł przez trzy duże zakłady renowacji i w końcu założył swoją pracownię. Wśród klientów, obok nuworyszów, którzy chcieli zaimponować gościom starymi komodami, miał też i prawdziwych znawców tematu, którzy antyki mieli w rodzinie od pokoleń. Robił dla Władysława Bartoszewskiego, Dariusza Rosati, Lecha Falandysza.

- Dzięki temu miałem możliwość nauczenia się fachu, niektóre modele mebli można spotkać już tylko w muzeum albo w prywatnych kolekcjach -opowiada. Dziś to owocuje, po do Ręczna przyjeżdżają klienci zachęceni przez poprzednich.

Jednocześnie w Warszawie ciągle naprawiał zegarki. - Współpracowałem z zakładami zegarmistrzowskimi, z niektórymi do dziś - podkreśla. Do godziny 16 odnawiał antyki, po 17, w domu tracił poczucie czasu dłubiąc w zegarkach.

Antyk na flaszkę

Kolekcja Łukasińskiego liczy grubo ponad trzysta czasomierzy - najbardziej okazałymi, skrzyniowymi można się delektować w salonie, kieszonkowe - łącznie z cenną rodzinną pamiątką są w pachnącym tajemnicą i starymi książkami gabinecie. Wśród nich jest i wspomniany pierwszy dworcowy zegar z Piotrkowa; są drewniaki tzw szwardzwaldy, dla kolekcjonera bardzo cenne, tym bardziej, że większość sam ratował od śmierci. Większość dumnie milczy, choć jak mówią Łukasińscy w Sylwestra zaczynają miarowo tykać, po to by odmierzyć północ.

- Na co dzień budzi nas Antoś - śmieje się Małgorzata Łukasińska.

Sporą część kolekcji Piotr Łukasiński zdobył przypadkiem - od kogoś znajomego, od obcych - wygrzebał na strychach, uprosił albo i uratował od płomieni, bo wiele jego okazów, głównie meble miały stanowić rozpałkę.

- Albo pijak chciał sprzedać jak jeden obraz z przedpokoju, na flaszeczkę - śmieje się pani Małgorzata.

Do śmiechu małżonkom było, gdy w Ręcznie, gdzie się sprowadzili kilka lat temu, pojawiły się prawdziwe legendy o dziwaku-zbieraczu. - Mąż chodził w kapeluszu, w kurtce z frędzlami, do tego z wykrywaczem metalu - ale i z tego szukania pochodzi spora część kolekcji - opowiada pani domu, a Antoś raczkuje jej między stopami. Dziś z tej pasji i zaparcia nikt się nie śmieje - kolekcja Łukasińskich, tak historycznie i emocjonalnie przerasta każdą meblościankę czy złoty zegarek.

Sporo ze swoich zdobyczy, po odkurzeniu, naprawie, sprzedaje. Te bardziej unikatowe - zostawia. Decyduje impuls -jak w przypadku dużej szafy z przedpokoju kupionej za grosze właśnie na sprzedaż. Ale gdy ją odnowił i znalazł się klient, Łukasiński rozmyślił się.

Dzielić się talentem

Jest jak człowiek renesansu, bo oprócz odnawiania i renowacji zegarów i antyków, sam projektuje, tworzy, buduje i maluje. Z tej ostatniej pasji, której sekunduje pani Małgorzata, anglistka z dyplomem sztuki, w 2004 roku w stolicy gminy urządzili pracownię artystyczną dla dzieci. "Kuźnia", w której miejscowe maluchy odkrywają swój plastyczny i artystyczny talent, działała prężnie do czasu pojawienia się na świecie Jasia i Antosia. Po tej przerwie w działalności, Kuźnia swoje podwoje otworzy w styczniu. - W starej organistówce, którą dostaliśmy razem z Kołem Gospodyń Wiejskich - mówi z entuzjazmem Piotr Łukasiński, rodzynek wśród gospodyń w Ręcznie.

Chce tu zapuścić korzenie, dlatego mimo początkowych obaw, szczególnie żony - że zimno, że prowincja - uciekli z hałaśliwej stolicy.

Tam meble restaurował najpierw na dziesięciu metrach kwadratowych.

- Gdy odnawiałem tam szafę, pomyślałem o czymś większym - opowiada o kolejnej pracowni, która stała się także mieszkaniem. W Ręcznie, gdzie sprowadzili się w 2002 roku, miejsca jest pod dostatkiem, przede wszystkim dla chłopców.

Ręczańska pracownia przypomina poczekalnię - zdewastowane i rozczłonkowane meble m.in. łoże z baldachimem, czekają cierpliwie na swoją kolej; podobnie zegary - niektóre już w tym oczekiwaniu straciły poczucie czasu. Na swoją kolej czeka też stary zegar z kukułką, który tato chce zrobić dla Jasia.

- Wiadomo, jak jest coś ciekawszego, to rzucam wszystko, biorę się za to.

Nad mechanizmami potrafi siedzieć całe dnie. -1 noce - dorzuca ze śmiechem Małgorzata Łukasińska. Największym przeżyciem jest, gdy stary, często robiony ręcznie mechanizm zaczyna miarowo tykać.

- Ale dwóch zegarków nie byłem w stanie naprawić - przyznaje.

Gdy ktoś chce mu zrobić prezent i przyjemność, wystarczy jeden zatrzymany mechanizm - najlepiej nadgryziony przez ząb czasu, w drewnianej skrzyni lub jej szczątkach. Wymianą baterii się nie zajmuje.

Karolina Wojna

k.wojna@dziennik.lodz.pl

Powrót do artykułów

Copyright © 2007-2017 "Dworek" Renowacja mebli i konserwacja zegarów
Wykonanie boguslaw.com.pl
valid: xhtml | css